Musze sie znowu wypisac… przychodza takie dni, takie stany, takie momenty, kiedy po prostu zle sie czuje we wlasnym ciele, z wlasnymi myslami… kiedy probuje muzyka zabic mysli, a one uporczywie wracaja… kiedy tak jak dzisiaj po prostu czuje sie nieszczesliwa, obca sobie, obca we wlasnym ciele, po prostu nie moge wytrzymac… Taki bol, ale nie fizyczny, jakby bol istnienia, taki stan, ktorego nie mozesz zmienic, nie mozesz nic z nim zrobic… trzeba przeczekac. Ale to boli.

Nic specjalnego sie nie stalo, niewiele sie zmienilo, nic sie nie wydarzylo. A jednak w takiej codziennej codziennosci najlatwiej czasami to poczuc.

Oby szybko to minelo. Oby jak zawsze pewnej chwili po prostu przeszlo. Tak musi byc. Tak jest od zawsze. Kiedys bywalo czesciej, wiem. Teraz pozostalo gdzies gleboko i tylko czasami wynurza sie z wnetrza. Znudzenie zyciem, zniechecenie takim trwaniem bez sensu, brakiem widocznego powodu, zeby tu byc, zeby trwac, zeby zyc. Taki podstawowy bol istnienia.